Jej życie było krótkie i na pozór bardzo zwyczajne., mając zaledwie 24 lata. 1 października Kościół wspomina św. Teresę od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitankę z Lisieux, Doktora Kościoła i patronkę misji.
Teresa urodziła się 2 stycznia 1873 roku w Alençon we Francji jako najmłodsza córka Ludwika i Zelii Martin. Zmarła 30 września 1897 roku. Żyła krótko, a jednak jej życie stało się niezwykłym świadectwem zaufania Bogu. Nie dokonała wielkich czynów w znaczeniu, w jakim świat zwykle rozumie wielkość. Nie była wielką reformatorką, kaznodziejką ani misjonarką przemierzającą odległe kraje. Jej życie było ukryte za murami klasztoru. To właśnie w tej prostocie odkryła jednak drogę, która okazała się niezwykle ważna dla całego Kościoła. Jej przesłanie można streścić jednym słowem: miłość.
Doświadczenie straty
Teresa wychowała się w rodzinie głęboko wierzącej. Jej rodzice, Ludwik i Zelia Martin, zostali kanonizowani w 2015 roku. Dom rodzinny był dla niej pierwszą szkołą wiary.
Nie oznacza to jednak, że jej dzieciństwo było pozbawione trudnych doświadczeń. Teresa bardzo wcześnie straciła matkę. Zelia Martin zmarła na raka piersi w 1877 roku, gdy Teresa miała zaledwie cztery lata. Po śmierci matki rodzina przeprowadziła się do Lisieux. Tam szczególnie bliska stała się Teresie jej starsza siostra Paulina, którą postrzegała jako drugą matkę. Kiedy jednak Paulina wstąpiła do klasztoru, mała Teresa przeżyła kolejną bolesną stratę. Te wydarzenia pokazują, że świętość Teresy nie narodziła się w świecie pozbawionym cierpienia. Przeciwnie – jej droga do Boga przechodziła przez doświadczenie straty, samotności i lęku.
Wielki krok, „mała droga”
Już jako młoda dziewczyna Teresa pragnęła oddać swoje życie Bogu. W wieku piętnastu lat, po wielu trudnościach, otrzymała zgodę na wstąpienie do klasztoru karmelitanek w Lisieux. Teresa była bardzo młoda, a mimo to była przekonana, że właśnie tam znajduje się jej miejsce. W Karmelu nie czekało na nią życie pełne niezwykłych wydarzeń. Była modlitwa, praca, wspólnota, codzienne obowiązki, zmęczenie, nieporozumienia i monotonia. I właśnie tutaj Teresa dokonała swojego najważniejszego odkrycia. Nie trzeba robić rzeczy wielkich, aby wielka była miłość, z jaką się je wykonuje.
Teresa coraz głębiej rozumiała, że nie jest powołana do dokonywania rzeczy nadzwyczajnych. Odkrywała własną małość i słabość. Zamiast jednak się tym załamywać, zaczęła traktować swoją małość jako miejsce całkowitego zaufania Bogu.Napisała:„Chcę szukać sposobu dostania się do nieba przez małą drogę, bardzo prostą i bardzo krótką”.
Ta „mała droga” nie oznacza duchowego lenistwa. Nie oznacza również przekonania, że grzech czy brak wysiłku nie mają znaczenia. Jest raczej drogą pokory i zaufania. Teresa wie, że własnymi siłami nie jest w stanie osiągnąć świętości. Dlatego nie próbuje stać się wielka przed Bogiem. Pozwala, aby to Bóg ją prowadził. W tym znajduje się niezwykła aktualność jej duchowości.
Pozwól Bogu się kochać
Człowiek współczesny często słyszy: musisz być lepszy, szybszy, bardziej skuteczny, bardziej atrakcyjny, bardziej znaczący. Teresa mówi coś innego: nie musisz udowadniać Bogu swojej wartości. Pozwól Mu się kochać.
Teresa często posługiwała się obrazem dziecka. Nie chodziło jej o infantylność ani o ucieczkę od odpowiedzialności. Dziecko wie, że potrzebuje rodziców. Nie wstydzi się tego, że samo nie potrafi wszystkiego. Potrafi wyciągnąć ręce i zaufać. Podobnie Teresa chciała żyć przed Bogiem. Jej duchowe dziecięctwo oznaczało pokorne uznanie: „Sam nie potrafię. Potrzebuję Ciebie”. W jednym z najbardziej znanych fragmentów Dziejów duszy pisała: „Pozostając małą, mogę więc spodziewać się wszystkiego od Boga”. To zdanie dotyka samego centrum jej duchowości. Nie chodzi o to, aby człowiek był wielki sam z siebie. Chodzi o to, aby pozwolił działać Bogu.
Świętość w drobnych rzeczach
Teresa odkryła, że miłość można wyrażać w rzeczach bardzo małych. W klasztorze oznaczało to czasem znoszenie czyjejś obecności bez irytacji. Czasem rezygnację z własnego zdania. Innym razem wykonanie zwyczajnej pracy bez oczekiwania na pochwałę. Teresa uczyła się kochać również wtedy, gdy nie czuła sympatii. To szczególnie ważna lekcja. Łatwo kochać człowieka, którego lubimy. Trudniej kochać kogoś, kto nas rani, denerwuje albo po prostu jest od nas bardzo różny. Tymczasem chrześcijańska miłość nie jest tylko uczuciem. Jest decyzją, postawą i konkretnym czynem.
Dlatego „mała droga” może zaczynać się w bardzo prostych miejscach: w cierpliwości wobec bliskiego człowieka, w powstrzymaniu się od ostrego słowa, w przebaczeniu, w wykonaniu obowiązku bez narzekania, w zauważeniu człowieka samotnego, w modlitwie za kogoś, z kim jest nam trudno. Teresa pokazuje, że nic z tego nie jest „za małe” dla Boga.
„W sercu Kościoła będę miłością”
Jednym z najpiękniejszych odkryć Teresy było zrozumienie własnego miejsca w Kościele.
Pragnęła być apostołem, misjonarzem, męczennikiem. Jednocześnie wiedziała, że jej życie jest ukryte w Karmelu. Czy zatem jej powołanie jest mniej ważne? Właśnie wtedy odkryła:
„W sercu Kościoła, mej Matki, będę Miłością”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia Teresy. Nie każdy musi robić to samo. Nie każdy będzie kapłanem, misjonarzem, zakonnikiem czy osobą publicznie zaangażowaną. Kościół potrzebuje także ludzi, których życie pozostaje ukryte. Matka modląca się za swoje dzieci. Człowiek cierpiący, który ofiarowuje Bogu swoje doświadczenie. Osoba starsza, która codziennie modli się za rodzinę. Pracownik uczciwie wykonujący swoje obowiązki. Ich życie może być miejscem miłości.
Patronka misji, która nigdy nie wyjechała na misje
Została ogłoszona patronką misji, choć nigdy nie wyjechała na misje. Jak to możliwe? Teresa rozumiała, że misja Kościoła potrzebuje nie tylko tych, którzy głoszą Ewangelię słowem. Potrzebuje również modlitwy i ofiary. Jej klasztor stał się dla niej miejscem duchowego apostolstwa. Modliła się za kapłanów i misjonarzy, wspierała ich swoją modlitwą i ofiarą. W ten sposób jej życie pokazuje, że człowiek może być misjonarzem również tam, gdzie żyje. Nie trzeba koniecznie wyjechać na drugi koniec świata.Czasem pierwszą „ziemią misyjną” jest własna rodzina.Czasem jest nią miejsce pracy.Czasem wspólnota parafialna.A czasem serce jednego człowieka, któremu trzeba okazać miłość.
Choroba i noc wiary
Ostatni etap życia Teresy był naznaczony ciężką chorobą – gruźlicą. Jej ciało słabło. Pojawiały się cierpienie, duszności i wyczerpanie. Teresa wiedziała, że zbliża się śmierć. Ale jej najtrudniejszą próbą nie było wyłącznie cierpienie fizyczne. Przeżywała również bolesne doświadczenie duchowej ciemności. Nie była to słodka i łatwa śmierć świętej, która bez żadnego lęku zmierza do nieba. Teresa doświadczała tego, co zna wielu wierzących: modlitwa może czasem wydawać się pozbawiona pocieszenia, a Bóg może wydawać się milczący. I właśnie wtedy jej wiara stała się szczególnie dojrzała. Zaufanie nie oznacza bowiem: „wierzę, ponieważ wszystko rozumiem”. Zaufanie oznacza: „nie rozumiem wszystkiego, ale mimo to powierzam się Bogu”.
„Nie umieram, wchodzę w życie”
Jej ostatnie chwile stały się dopełnieniem drogi, którą przeszła. Nie pozostawiła po sobie wielkich dzieł w sensie ludzkim. Pozostawiła jednak świadectwo życia całkowicie oddanego Bogu. Jej śmierć nie była końcem przesłania. Wręcz przeciwnie – dopiero po śmierci jej duchowa misja zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Teresa mówiła o pragnieniu czynienia dobra po śmierci, o „deszczu róż” – obrazie łask, które chciała wypraszać dla ludzi. Jej duchowość zaczęła docierać do ludzi na całym świecie.
Doktor Kościoła
W 1997 roku, dokładnie w stulecie jej śmierci, papież Jan Paweł II ogłosił Teresę Doktorem Kościoła. Jednak jej „nauką” jest przede wszystkim doświadczenie Boga: doświadczenie Jego miłości, własnej małości, zaufania i całkowitego się powierzenia. Teresa przypomina, że głęboka teologia może być przeżywana również w prostocie serca.
Czego Teresa może nauczyć nas dzisiaj? Jej „mała droga” stawia nam bardzo konkretne pytania. Czy potrafię zaakceptować własną słabość bez popadania w rozpacz? Czy umiem przyjąć, że nie wszystko zależy ode mnie? Czy potrafię zaufać Bogu także wtedy, gdy nie widzę rozwiązania? Czy moja miłość jest obecna w małych, codziennych gestach? Czy potrafię kochać także tych, z którymi trudno mi się porozumieć? Czy nie próbuję zbyt często udowadniać swojej wartości innym ludziom?
Być może właśnie tutaj znajduje się największa aktualność Teresy. Nie każdy z nas dokona rzeczy wielkich. Ale każdy z nas może zrobić coś małego z wielką miłością.
„Rzucać kwiaty”
Teresa używała pięknego obrazu rzucania kwiatów. Oznaczały one drobne akty miłości, ofiary, modlitwy i wyrzeczenia. Można powiedzieć, że całe jej życie stało się takim „rzucaniem kwiatów”. Jeden kwiat – cierpliwość. Drugi – modlitwa. Trzeci – przebaczenie. Czwarty – uśmiech. Kolejny – ofiarowanie Bogu cierpienia.
Z pozoru nic wielkiego. A jednak właśnie z takich małych rzeczy może powstać piękno życia.
Ufać Wielkiej Miłości
Św. Teresa przypomina o wartości rzeczy niewidocznych. W świecie, w którym tak wiele zależy od tego, co można pokazać, zmierzyć i ocenić, ona mówi o wartości tego, czego nikt nie widzi. O modlitwie, której nikt nie słyszy. O łzie, którą nikt nie zauważył. O przebaczeniu, o którym nikt się nie dowiedział. O dobrym czynie, za który nie otrzymaliśmy podziękowania. O wierności wtedy, gdy nikt nas nie obserwuje.
W oczach świata mogą być to rzeczy małe. W oczach Boga mogą mieć ogromną wartość.
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus nie mówi nam: „Stań się wielki”. Mówi raczej: kochaj. Nie mówi: „Musisz wszystko osiągnąć własnymi siłami”. Mówi: zaufaj. Nie mówi: „Ukrywaj swoją słabość”. Mówi: oddaj ją Bogu. Nie mówi: „Czekaj na wielkie okazje do czynienia dobra”. Mówi: zacznij od tego, co masz dzisiaj przed sobą.
Św. Teresa przypomina nam, że nie trzeba wielkich rzeczy, aby wielka była miłość. Wystarczy małe serce, które naprawdę zaufa Wielkiej Miłości.

